Edit:
Koment u Romanki:
Dzisiaj maluchy idą na obserwację do Weta więc rozumiem ten stres. Z resztą nie pierwsze to problemy z kotkami. Strach paraliżuje. W pracy mnie wkurwiają. Ale wpis twój mnie utwierdził w jednym.
Ludzie chcą może mnie wkurwić. Ale trzeba umieć mieć ich w dupie. Najważniejsze jest zdrowie naszych podopiecznych, a nie juniorki jakiś osób z pracy które nie zrobiły nic
Chyba edytuje ten wpis
O właśnie kolega inny mi dał miseczki dla maluszków. I to są normalni ludzie !
A ci co widzą wrażliwego człowieka i próbują dokopać to wredni ludzie są i tyle.
Wtorek:
Kupa, kupa i siku i jeszcze więcej siku... Waciki, chusteczki nawilżane (bez aloesu!) i podkłady. Śmietnik mój wygląda jak jakiś z oddziału noworodkowego. No, ale w sumie tak to wygląda. W pracy pytali o nowe fotki, a ja zwyczajnie przy tym ogarnianiu zapominam, a potem one śpią to nie chcę z telefonem im tam włazić.
Ale Młody dumna jestem jak się opiekuje! Chyba będzie weterynarzem :D
Imiona im nadał i pilnuje masażów i wykupkowywania też... Dobrze, że mają egzaminy to on w domu jest i się opiekuje, a od poniedziałku już kolejny tydzień życia, więc wg tabelki jedzonko rzadziej a więcej.
Damy radę! 💚
PS. Linki do Vinteda:
Zapraszamy!
🍃🌿🍃🌿🍃🌿🍃🌿
Poniedziałek:
Wszystko ok! Młody dał radę! Dzwonił, informował, smsy pisał. A teraz małe wykupkowane tak, że dłonie mieliśmy chęć domestosem myć.
Tony chusteczek nawilżanych idą, ręcznika papierowego i wacików! Ja nie wiedziałam, że to aż taka masakra. Podkład w klatce wymieniony, w Rossmannie dokupię więcej, bo Biedra nie ma podkładów.
Uciekam do wanny, a Wam zostawiam mały raport:
Cieszę się, że w pracy otrzymałam słowa wsparcia i podziękowania, nie tylko od Mistrza słowa uznania, ale i od Pani, która mnie zaalarmowała w czwartek rano o maluchach, a także Kolegi, który obdzwaniał dzielnie po nocy i kolejnego dnia organizacje prozwierzęce.
To budujące, że są Ludzie, którym dobro zwierząt leżało na Sercu!
Chwilowo obkupczona oddalam się, jutro wrócę.
💚💚💚
Pojęcia człowiek nie ma, co to znaczy opiekować się tak bezbronnym stworzeniem do póki go to nie spotka. Przed jedzonkiem masuje brzuszek, po jedzonku także. w trakcie masowania czasami pójdzie siusiu i kupka - to dobrze o to chodzi. W trakcie jedzonko ważne, żeby dobrze się dopasował maluch do butelki. Daje się pipetka kropelkę espumisanu dla niemowląt.
Ogromna miłość od nich bije, są bardzo dzielne ❤️
I jak już wymasowane zasną odkłada się do klatki zabezpieczonej kartonem na około, żeby nie wkładały główki w szczebelki ani łapek. I z butelką ciepłej wody. ❤️
A one śpią i tak znowu się widzimy za 3/4 godziny. 🍼
Po drugiej dobie jest ok, więc na pewno będzie dobrze :)
💚💚💚
💚💚💚
Witajcie,
Ogarnęłam się, umyłam w końcu i nakarmiłam...
Mam na buteleczce trzy małe szkraby zabrane z zakładu.
Mają się ku dobremu, ale jak to bywa u małych kotków problem z kupka.

Ogarnęłam się, umyłam w końcu i nakarmiłam...
Mam na buteleczce trzy małe szkraby zabrane z zakładu.
W czwartek jak przyszłam do pracy usłyszałam, że są małe,
ale trzymają je na rampie i że czekają czy kocica przyjdzie.
Na drugi dzień w piątek rano już były przeniesione nie przez matke,
ale przez ludzi w inne miejsce, a potem w jeszcze inne...
O maluchach wiedziałam dzień wcześniej, ale nie wiedziałam gdzie.
Na drugi dzień już był piątek, na terenie zakładu dowiedziałam się,
że są lisy, a kocica do małych nie przychodziła, wąchała i odchodziła.
A z małymi jest jak z królikami "znalazłeś - nie dotykaj!" i nie przenoś.
Mądrze byłoby od razu je odwieźć tam skąd były wzięte, ale nie...
Pewnie nie jedna osoba pogłaskała, w karton włożone ze szmatami...
Wzięłam je więc wychodząc z pracy - kadrowa mnie podwiozła do weta.
Wet obejrzał, odwodnione, ale nie wyglądają na chore, mleko i karmić.
U nich zostawić nie, bo nie mają nocnych dyżurów, a one nie przeżyją.
Gdybym je zostawiła na kolejną noc nie przeżyłyby z głodu na pewno,
a poza tym lisy - już pewnie byłoby po nich skoro jest lisica z młodymi.
Już pomijam fakt, że Wet przypomniała, że zagrożenie wścieklizną jest.
Wet do siebie przyjmuje na dom tymczasowy maluchy,
ale tylko jedzące już stały pokarm, więc niańkujemy je w domu.
Dobrze, że mam klatkę, a karmienie jakoś instynktownie się udało.
Nigdy tego nie robiłam, ale widziałam nie jeden filmik Gosianki,
widać te filmiki się na coś przydały i udaje mi się je ładnie karmić.
Ale wierzcie mi źle mi się spało tej nocy, gdy zostały na zakładzie.
Małe mają na oko 3 tygodnie, dopiero musiały otworzyć oczy.
Pierwsza doba za nami i co najważniejsze - żyją i odwodnienie opanowane.
Taki stres jaki jest przy karmieniu tych maluchów to ja sobie nie wyobrażam... Nie wiem jak to robi Gosianka, której kibicujemy od tyłu lat.
Ja już psychicznie się czuje wrakiem, ale mam wsparcie duchowe i podziękowania.
Więc dostały leki i do domu specjalny proszek.
Ale miałam wybór albo je zostawić na pastwę losu na weekend na terenie,
gdzie są lisy albo zabrać do lecznicy i ustalić z Wet co dalej.
Naprawdę, ja nie potrzebuje takich akcji - to nie jest żaden "fun"
Naprawdę, ja nie potrzebuje takich akcji - to nie jest żaden "fun"
ani jakieś robienie nie wiadomo kogo z siebie.
Jestem po prostu Człowiekiem. Tyle.
Nie uważam się za nikogo nad innymi.
Nie uważam się za nikogo nad innymi.
Bo gadać to każdy potrafi, ale coś zrobić to już trzeba się porwać na odwagę i siłę.
Dziękują mi osoby, że mam ogromne Serce. Ja nie wiem.
Ja po prostu ratowałam życie - małe, odwodnione trzy życia,
które pewnie nie przeżyłyby kolejnej nocy...
I nadal podziwiam Gosianke. Nie wiem, jak ona to robi.
Ja już po tej nocy czuję się wykończona tym całym stresem...
Zadziwiające jak wiele osób lubi mówić, a zrobić coś mało kto potrafi. Dostaje głosy, że mam ogromne Serce, że je wzięłam i je ratuję. Podziękowania. Że jestem dobrym człowiekiem, że mnie podziwiają za odwagę, za działanie. A ja robię to, co Serce mówi. Wstaję co 3h, karmię, masuję brzuszki. To nie jest zabawka, to nie jest przyjemność. To jest Małe Życie. To jest odpowiedzialność i opieka. Na terenie zakładu są lisy, kocica podobno podchodziła do nich w kartonie wygłaskanych przez ludzi, przenoszonych w tym kartonie od czwartku w nocy w różne miejsca. One były odwodnione i kolejnej doby bez karmienia już by nie przeżyły. Ja po prostu zrobiłam to, co należało zrobić. Nigdy nie karmiłam maluchów butelką. To dla mnie ogromy stres i lęk. Do tego mam Młodego w domu. Jak coś się wydarzy to ja nie wiem, jak to przeżyję, a co mówić nastolatek. Ale podjęłam to ryzyko zaopiekowania się. Dzisiaj już byłyby w tym pudełku albo martwe z głodu albo zjedzone przez lisy. A tak - żyją. Choć ja psychicznie leżę...
zadała sobie trud, aby odnaleźć moją stronę po to, aby napisać
"szkoda, że zabrałaś, bo kocica ich szukała".
Zablokowałam, a komentarz został usunięty - nie mam nerwów.
Nie mam ludzi z pracy w znajomych, bo to oddzielam,
choć do nikogo tam nic nie mam - mam prawo do prywatności.

Miałam je tam zostawić?
Trzymajcie kciuki za maluszki 💚🍀





















































